
Oscylując między wiecznym przypływem i odpływem przejmującego solilokwium a duchowym wznoszeniem, zaskakująco odnajdując środek między ekstatycznie odlotowymi dronami Spacemen 3, rozległą dzikością Thomasa Könera, riffowym kultem grozy Sunn O))) i teksturalną obsesyjnością Emptyset, ten album zachwycająco pozostaje jednocześnie intymny i monumentalny. Można też śmiało powiedzieć, że to być może najpiękniejszy album, jaki Kevin Richard Martin wydał do tej pory.
Oryginalność KRM rozkwita tu w pełni – na Blue Loops nieustępliwie oddaje cześć sprzężeniom zwrotnym i wyprowadza subbas na zawrotne poziomy. Ten zbiór rozwija pomysły z poprzedniego Frequencies for Leaving Earth, prowadząc bezrytmiczną podróż ku nieznanemu celowi, która przypomina wejście do ogromnej, pustej jaskini, gdzie jedynymi towarzyszami są melancholia i zadziwienie. Album przywołuje też ponure science fiction z jego wcześniejszej alternatywnej ścieżki do Solaris Tarkowskiego, a także odsyła do w dużej mierze niedocenionego wkładu w The Köner Experiment projektu Experimental Audio Research.
Podobno każda z części zaczynała się jako prosty, pojedynczy loop sprzężeniowy, nagrywany przez Martina w przerwach po koncertach, w hotelowych pokojach rozsianych po całej Europie, gdy gromadził nieskończoną bibliotekę widmowych, modulujących repetycji. Później przeniósł ten surowy materiał do swojego soundlabu w Brukseli i wszedł w niego tak głęboko, jak tylko się dało, bezlitośnie przetwarzając rygorystycznie minimalistyczne, pierwotne źródło. Efekt można odczytać jako psychodeliczny drone dla miłośników ambientowego odosobnienia albo wręcz elektroakustyczny dub dla odważnych fanów metalu. W innym, fantazyjnie równoległym świecie mogłoby to nawet stanowić ścieżkę dźwiękową do wymiany między surową, graniczącą z końcem świata literaturą Samuela Becketta a misternie i przepięknie skonstruowanymi pracami Anselma Kiefera. Bezsprzecznie Blue Loops jest absurdalnie minimalistyczny, ale emocjonalnie maksymalny.
To napięcie działa bardzo mocno – każda z części rozwija się z gracją, ale najbardziej zaskakuje to, że Martin proponuje swoją niskotonową utopię jako azyl, porzucając mrok na rzecz świętych haiku i urzekająco zatopionych melodii. Dzięki temu w samym centrum albumu pozostaje promienne ciepło, wspierane przez zdumiewającą biegłość w operowaniu barwą i fakturą. Blue Loops to hołd złożony nieskończonym łańcuchom efektów sprzętowych i studiu jako instrumentowi bezkresnej ucieczki. Słuchanie, jak sprzężenia zwrotne nieustannie się przeobrażają, mutują i wiją, daje czystą radość, bo producent tchnie życie i różnorodność w swoją kolistą logikę z precyzją ruchu w zwolnionym tempie. Paradoksalnie to być może najbardziej akademicki Martin, ale zarazem dziwnie najcieplejszy – w sposób niemal kołyszący, jakby przypominający wnętrze bezpiecznego kokonu. To trochę tak, jakby słuchać albumu shoegaze po drugiej stronie najdłuższego tunelu aerodynamicznego, tysiące metrów pod powierzchnią ziemi. Majestatyczny i magiczny, jest błogi i rzeczywiście głęboko niebieski. Kto by to rozgryzł…
A. Carver, Londyn, kwiecień 2026.
Data wydania: 1 maja 2026