
Ostatni film Pasoliniego otwarcie krytykuje postawy totalitarne i okrucieństwo władzy, oczywiście w odniesieniu do faszyzmu, który we Włoszech, jak wiadomo, swego czasu gniazdował i który zabrał Pasoliniemu brata. Sam reżyser natomiast, w wywiadzie przeprowadzonym przez Gideona Bachmana, amerykańskiego dziennikarza, któremu Pier zwierzał się nie raz w dość luźnych wywiadach, w trakcie kręcenia Salò, a tuż przed śmiercią przyznał, że dyskretny urok orgii przyprawia go o słodką słabość. Nie jest również tajemnicą, że pociągali go nastoletni chłopcy. Znany głównie z filmów Pasoliniego aktor – Ninetto Davoli – miał ok. 15 lat, kiedy poznał 41-letniego reżysera i przez pierwsze lata znajomości bynajmniej nie grali razem w scrabble. We wspomnieniach Dacii Maraini, pisarki i przyjaciółki Piera, pojawiła się również wzmianka o upodobaniach do masochizmu, wrodzonej łagodności i niemal Chrystusowej postawie męczennika, skąpanej w blasku wyidealizowanych wspomnień o mamusi. No to „puk puk rozgrzeszony”, co nie?

Nie jestem jego fanką, jako reżysera, w ogóle artysty, przyznaję. W wierszach rzeczywiście widać wrażliwość i pragnienie bycia zrozumianym, pewną łagodność nawet… jednak pierwsze słowo, które mi przychodzi do głowy, kiedy o nim pomyślę, brzmi „flegmatyczny”. Nie twierdzę również, że oglądałam wszystkie jego filmy, ale wyrobiłam sobie opinię po kompletnie przegadanym, mdłym jak zwietrzały ciągutek Chlewie, czy Theoremie, przypominającej crossover fragmentów Różowej Landrynki oklejonej wycinkami z Burdy (takie stare pismo o modzie). Mówić po czymś takim, że Pasolini jest geniuszem i głosem jakiegoś pokolenia zdaje się, skromnie mówiąc, być niedorzecznym. Idźmy dalej. Włóczykij. Wiecie “boys will be boys” i takie tam, czyli geneza epidemii męskiej samotności. Oczywiście rozumiem, że dla Piera postać wiecznego chłopca, z okazałym kroczem i zerowym poczuciem odpowiedzialności, może być w jakiś sposób nęcąca. Tak właśnie interesuje się zwykłym życiem, nizinami społecznymi, piewca bezgranicznej wolności twórczej i własnej, który był przeciwnikiem aborcji i ateistą zafascynowanym wiarą. Jego dobre imię ratują produkcje kostiumowe, bo nie można odmówić swoistego klimatu… Medea dodatkowo ma przepiękny soundtrack złożony z utworów wybranych przez Pasoliniego i jego przyjaciółkę, również pisarkę, Elsę Morante.
Pomijając moje, bądź co bądź laickie, o nim zdanie, Pasolini jest uważany za jednego z najbardziej kontrowersyjnych artystów włoskich. Już sam fakt, że otwarcie przyznawał się do homoseksualizmu w czasach, kiedy świat parował homofobią, czyni z niego bohatera, chociaż Włochy zdepenalizowały homoseksualne kontakty już w roku 1890, czyli stosunkowo wcześnie, jednak zakaz dyskryminacji uchwalono dopiero w 2003. Wytykano go więc palcami za postawę polityczną i orientację, a nie za seks z dzieciakami.
Czas i miejsce akcji

Tytułowe Salò, gdzie Pier spędził kilka trudnych lat życia, to gmina na północy Włoch, którą Mussolini ogłosił “Repubblica Sociale Italiana”, próbując jeszcze ratować ostatnie podrygi okupowanego przez Niemców, faszystowskiego kurwidołka, jednak mało kto wie, że jest to tylko miejsce ostatecznej kaźni. Akcja rozgrywa się niedaleko Marzabotta, miasteczka, w którym Naziści zarżnęli wszystkich mieszkańców. Zaplanowana przez głównych bohaterów – prezydenta, księcia, burmistrza i biskup – orgia rozgrywa się zatem w czasach II Wojny Światowej, konkretnie w 1944 roku. Cały materiał nagrano w 37 dni, czyli dokładnie tyle, ile zajęło markizowi De Sade napisanie prawie 500 stron książki. Musiało mu się cholernie nudzić w tej Bastylii. Za scenę Pasolini obrał sobie Villę Riesenfeld w Pontemerlano, w pobliżu malowniczej Mantui. Do czasu fazy produkcji producenci trzymani byli w całkowitej niewiedzy o temacie i kierunku, w którym inwestorzy sypią dukatami. Poza gronem absolutnie niezbędnym nikt nie miał wstępu na plan. Żaden z aktorów i amatorów biorących udział w zdjęciach, nie dostał wcześniej scenariusza, a Pier, przed każdą sceną po prostu szastał w ich stronę jakimiś kieszonkowymi notatkami.
Struktura i estetyka

Segmentacja na trzy kręgi – Krąg Manii, Krąg Gówna i Krąg Krwi – odnosi się zarówno do struktury Boskiej Komedii Dantego, jak i dzieła, które Pasolini ekranizuje. Jak wspominał w rozmowach z Bachmanem, chodziło też o swego rodzaju teologiczny porządek i w rzeczy samej ciężko oprzeć się wrażeniu, że konstrukcja orgii w książce, jak i w filmie przywodzi na myśl nabożny rygor mszy świętej. Oczywiście ta sztywna niejako forma odwracana jest o 180 stopni w odniesieniu do aktów płciowych czy innych zabaw, które porywają bohaterów w afekcie. Najmniej uwagi reżyser poświęca ostatniemu kręgowi, a szkoda, bo De Sade się tu popisał niebywałą inwencją, chociaż… może wtedy byłoby za mało artystycznie, a za bardzo plebejsko ;). Głód krwi zawsze można nadrobić oglądając Ilsę Wilczycę SS nakręconą przez Dana Edmondsa, w tym samym roku. Estetycznie scenografia nawiązuje do włoskiego Bauhausu, czyli nurtu Razionalissimo Italiano, łącząc się z dekadencją, o jakiej pewnie śnił sam Mussolini.
Warto natomiast pamiętać, że gówno pozostaje gównem, nawet kiedy taca, na której leży, jest srebrna. Na ścianach wiszą reprodukcje Duchampa czy Severiniego, a w scenach z oddali często króluje symetria. Do tego nutki od Ennio Morricone i naszego kochanego rachitycznego gruźlika z Żelazowej Woli, ale o tym w następnym odcinku ;).
Osoby dramatu

Paolo Bonacelli jako Książę – koneser dziewczęcej uryny, wysoki, przystojny elegant z wyglądu zupełnie niewinny. Uwielbia całować się z chłopcami po francusku i zmuszać niewiasty do jedzenia gówna, podnieca go również skrajne poniżanie ofiar. W powieści przypisuje mu się monstrualnego członka i nadludzką siłę.
Giorgio Cataldi jako Biskup – przypomina Adolfa Hitlera posturą, gwałtownością i gestykulacją. Lubi kutasy, przystojnych mężczyzn, taniec z wytwornymi damami oraz przypalanie ofiarom sutków rozgrzanym żelazem.
Aldo Valetti jako Prezydent – kocha pokazywać dupę i być stroną pasywną w stosunku analnym. Wygląda jakby miał porażenie mózgowe, lub był niespełna rozumu. Spożywając gówno opowiada suche żarty.
Umberto Paolo Quintavalle jako Sędzia – na pierwszy rzut oka powściągliwy, nieco kobiecy, na dłuższą metę pozbawiony skrupułów sadysta. Troskliwie pilnuje, żeby wszyscy zjedli swoją porcję fekaliów.
W wypadku głównych postaci film dość daleko odchodzi od książki. Markiz bardzo starannie opisywał zarówno wdzięki czterech podłych kutasiarzy, jak i wygląd ofiar, ruchaczy, córek i zaproszonych do willi doświadczonych ladacznic, których liczbę w filmie uszczuplono z ośmiu do trzech. Tu Pasolini nieco pochylił się nad losem widza oszczędzając widoku starych, chorych i nadpsutych ciał, opisywanych przez De Sade z upodobaniem w najmniejszych szczegółach. Weźmy taką Fanchon, 68-letnią zbrodniarkę, której „pakiet hemoroidów wystaje z odbytu, zgorzel trawi pochwę, jedno udo ma spalone i raka, który toczy pierś. Jest zawsze pijana i wymiotuje, stale pierdzi i sra nawet tego nie czując.”. Wypada również wspomnieć, że w roli ofiar wystąpiły zwykłe dzieciaki od 14 roku życia w górę, gdyż taki był wówczas wiek tzw. przyzwolenia we Włoszech, jednak tutaj też, dla porównania dodam, że w książce De Sade wspomina w kontekście seksualnym nawet o trzylatkach.

Urwany film
Salò miało być początkiem Trylogii Śmierci – reżyser chciał ją stworzyć w kontrze do Trylogii Życia złożonej z Dekameronu, Opowieści Kanterberyjskich i Kwiatu tysiąca i jednej nocy, jednak nie zdążył… Trzy tygodnie przed premierą znaleziono go martwego na plaży w Ostii, zupełnie jak jednego z bohaterów filmu Sergia Citti, do którego pięć lat wcześniej napisał scenariusz. 17-letni żigolo – Giuseppe “Pino” Pelosi – przyznał się do pobicia, rozjechania i nadpalenia zwłok Piera, kiedy złapano go na kradzieży samochodu Pasoliniego, za co został skazany na 9 lat więzienia, jednak biegli twierdzą, że w morderstwie brać musiały udział osoby trzecie.
6 tysięcy lat sodomy – Salò mamy w domu

Na „zakazany film” wszyscy się już dawno naoburzali i namarudzili pomijając zupełnie fakt, że w tym filmie nie pokazano wcale jakiejś tam fantastyki. Ludzie masakrują się od zarania dziejów, bo po prostu MOGĄ. Wszędzie, gdzie pojawia się zależność jednych od drugich, nadużywanie władzy absolutnie nie jest zjawiskiem marginalnym. W 1971 roku w badaniu przeprowadzonym pod wodzą Philipa Zimbardo – tzw. Stanfordzkim Eksperymencie Więziennym – zwykli studenci zaproszeni byli do podziemi uniwersytetu, by tam zostać podzielonymi na więźniów i strażników. Prowadzący eksperyment naukowcy chcieli zbadać wpływ otoczenia i autorytetu na działanie jednostek i skonfrontować tezę o radykalnej zmianie zachowania. Strażnicy niemal natychmiast zaczęli się wyżywać na więźniach, 6 dnia przerwano eksperyment, ponieważ osadzonym kazano szorować toalety gołymi rękami, odmawiano im posiłków i zmuszano do symulowania aktów seksualnych. Po 6 dniach. Niekarani, zdrowi psychicznie obywatele, młodzi ludzie z aspiracjami na zdobycie wyższego wykształcenia.
Sadyzm to zjawisko, o którym mało się mówi i równie mało się je studiuje. Do dziś wiemy jedynie, że zachowania sadystyczne mają jakiś związek z zaburzeniem spod znaku mrocznej triady – osobowością psychopatyczną (najnowsze badania sugerują, że triadę tę trzeba rozszerzyć do tetrady, bo agresja w przypadku sadyzmu nie wymaga żadnej prowokacji) jednakże tak jak wynika z poprzedniego akapitu, w odpowiednich warunkach sadystą może okazać się praktycznie każdy. Na kartach historii znajdziemy mnóstwo nazwisk zwykłych ludzi, którzy skrzętnie korzystali, w dość okrutny sposób, z uprzywilejowanej pozycji. Od kiedy liczymy wiek cywilizacji, ludzi poddanych traktowano jak rzeczy – sprzedawano ich, karano torturami, wykorzystywano seksualnie w pałacach, na dworach czy w kościołach, zupełnie tak samo, jak w więzieniach, slumsach i burdelach. I wszędzie odbywa się to według podobnego schematu, począwszy na dehumanizacji, a na eksploatacji do cna skończywszy.

Piszę celowo „odbywa się” w czasie teraźniejszym, ponieważ takie rzeczy nadal się dzieją, czy chcecie to widzieć, czy nie. Idąc na mszę musicie mieć z tyłu głowy, że w Waszym kościele jest ksiądz, który po prostu rucha dzieci, albo jest ksiądz, który takiego księdza zna i milczy. Podziwiając hollywoodzkich aktorów, starych dziadów, chodzących pod rękę z 40 lat młodszymi dziewczynami, musicie mieć z tyłu głowy, że często tylko kodeks karny powstrzymuje takiego typa od zawarcia związku pedofilskiego. Słuchając o aktach Epsteina i dowiadując się o gwiazdach, które na prywatnej wyspie również beztrosko korzystały z przyjemności niedostępnych dla pospólstwa, musicie wbić sobie do głowy, że to wydarzyło się obok Was. Na tej samej planecie. Ani De Sade, ani Pasolini nie odkryli Ameryki. Ameryka tu zawsze była, tylko zamieszkiwali ją inni ludzie ;). Jak widzę nagłówki „Wreszcie obnażono hipokryzję elit”, to mam ochotę spytać dziennikarzy, pod którym kamieniem się chowali.
Marta Podoska