Przeżyć – metoda Huellbecka

Anxious magazine Przeżyć – metoda Huellbecka

Cześć Michel,

właśnie stoję na skraju (kolejnego) załamania nerwowego. Straciłam pracę, nie potrafię iść na ustępstwa w relacjach z ludźmi, przytyłam w pół roku ponad 15 kilo (od wpierdalania, nie od leków), siwieję, mam cellulit i atopową skórę. Co tydzień wysyłam ok. 20 sztuk życiorysu do firm, które, jak piszą w ogłoszeniach, chcą zostać moją rodziną, ale z jakiegoś powodu po kilku dniach wpychają mnie i moje CV do okna życia, nad którym na czerwono świeci się neon z napisem: „tym razem nie zdecydujemy się podjąć współpracy z szanowną panią”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza – wypierdalaj, jesteś chujowa, chcesz za dużo pieniędzy, a w ogóle to nie lubimy zobowiązań (UOP). Nikt im nie powiedział niestety, że LinkedIn to nie Tinder i że “noł drama” nie oznacza przyzwolenia na mobbing.

To nie koniec. Może sobie zapal. Zrób herbatę… Obrazy, które namalowałam przez ostatnie kilka miesięcy, zalegają pod podłogą w dużym pokoju i co jakiś czas w mojej głowie pojawia się myśl o rytualnym ich spaleniu przed budynkiem, w którym mieszkam, bo niestety dochodzą nowe… a przestrzeń za chuja nie chce rosnąć. Nie mogę, nie umiem przestać. Pech, że tylko malując albo pisząc, jestem w stanie nie myśleć o sobie, jako życiowej porażce wielu osób, zarówno tych w rodzinie, jak i postronnych, „bogu ducha winnych”. Płótna są podobno obiektywnie „dobre” i o czymś – tak twierdzą ci, którzy je widzieli. Jedna historyczka sztuki kupiła kiedyś ode mnie scenę ze spisywanym przez policję, martwym, bezdomnym rozkładającym się na ławce w parku. Nie zauważyli, że umarł, bo są zapracowani. Mam nadzieję, że pasuje jej do kuchni.

O czym to ja… a tak. Porażka rodziny. Muszę tu wspomnieć, że długo tematem moich prac byli bezdomni w przestrzeni miejskiej, bo mój ojciec jest jednym z nich. Albo był. Po prostu nie wiem, czy jeszcze żyje. I nadal to ja mam się za fail numer jeden, co wskazuje na mój skrajny egocentryzm. Resztę rodziny przemilczę, żeby Ci ten pet nie stanął w gardle. Od około roku tematyka płócien oscyluje wokół porzuconych co prawda i zapomnianych, ale już nie ludzi a rzeczy. Owoców, warzyw, miejsc, zabawek. Obawiałam się przez chwilę, że to może oznaczać koniec depresji, ale na szczęście wskazywało tylko na zmianę pór roku i lekkie znudzenie odgrywaniem ojcowskiej tragedii. Miesiąc temu zrobiłam wyjątek, bo zobaczyłam, jak koleś śpi na kartonie pod napisem: Bóg nas kocha, ale do czasu… Żal nie skorzystać. A boga oczywiście nie ma. Smuteczek.

Anxious magazine Przeżyć metoda Huellbecka

Chciałam też, drogi Michelu, dopytać czy porażki wychowawcze się liczą, bo czuję się jak labilna namiastka rodzica dla dziecka, które weszło w wiek dojrzewania i zwyczajnie nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Nauczyłam ją, żeby trzymała się z daleka od patologii i teraz gardzi samotną matką bez pracy i wykształcenia. Tu mam rzeczywiście zagwozdkę, czy to jest win, czy fail, ale liczę, że nieszczęść nazbierało się więcej niż sukcesów. Czy to już Michelu? Czy już mogę być artystką? „Nie jedz żółtego śniegu, bo spadnie na ciebie złoty deszcz” – widzisz też umiem zbudować uniwersalną prawdę. „Zrujnuj swoje życie, ale nie do końca…”

Kind regards etc. MP

W eseju Staying Alive i w filmie Przeżyć – metoda Huellbecka Michel przekornie, przynajmniej wobec roześmianego od ucha do ucha, nowoczesnego świata, gloryfikuje wszelkie niedogodności życia: „Każde cierpienie jest dobre; każde cierpienie jest pożyteczne; każde cierpienie przynosi owoce; każde cierpienie jest wszechświatem.” pociesza sam siebie już na wstępie. Na ekranie obaj z Iggy Popem dochodzą do fatalnego wniosku, że najlepsze dzieła tworzyli w stanie nadgryzionym, z poszarpanym ego, poczuciem nieprzystawania do otoczenia, a nawet w obliczu osobistej tragedii. Czy rzeczywiście wartościowa jest wyłącznie twórczość oparta na martyrologii? Ja myślę, że jest na pewno inna. Waży inaczej. Nie nadaje się do sprzedaży w Ikei ani do recytowania przez dzieci w przedszkolu, ale czy masochistyczne taplanie się w dołku ze smołą jest jedyną prawilną drogą do sztuki przez duże “S”? 

Zróbmy eksperyment myślowy i posadźmy naprzeciwko naszych odważnych panów Matkę Teresę z Kalkuty, zagorzałą fankę „pocałunku Jezusa”, jak zwykła nazywać ból, zwłaszcza fizyczny. Każdemu z nich wsadzamy dłoń w imadło i kręcimy korbami, aż poleje się krew. Lust for life opuszcza Iggyego, Michel ściskany w imadle trzeszczy jak sucha gałąź. Matka Teresa obserwuje, jak Jezus całuje miazgę z kości, skóry, mięsa, ścięgien i trochę zjada ją zazdrość. A kiedy już cierpienie obu zaznacza bezspornie swoją obecność w pokoju, rozluźniamy szczęki imadeł, by wypuścić twórczego ducha, który powinien teraz, niesiony męczeńską euforią wypierdzieć jakiś solidny wiersz, albo coś, co się utrzyma na listach przebojów dłużej niż miesiąc. „Dawaj kurwa szmatę jakąś i alkohol!” krzyczy Iggy, tak sobie to wyobrażam, bo wygląda mi na twardziela, Michel mdleje. Anjezë (prawdziwe imię Matki Teresy) się modli, jakby niewzruszona, ale co jakiś czas zerka na mielonkę na stole i oblizuje wargi. Szmata kosztuje co łaska, ale nie mniej niż… alkohol jest zabroniony, bo uśmierza ból. 

Anxious magazine Przeżyć metoda Huellbecka

Kilka godzin później Michel odzyskuje przytomność, Iggy jest w szoku, ale owinął szczelnie kikut sobie i koledze szmatami zakupionymi za grube hajsy od zakonnicy. Zatamował krwawienie. Pulsujący ból, który wędruje od nadgarstków prosto do mózgów i wypycha gałki oczne, jest natomiast nie do zatamowania. Anjezë wie, gdzie są prochy ale nie powie. W imię ojca i syna… wyjmujemy długopisy. Czy ten, który napisze teraz DOBRY wiersz, będzie prawdziwym artystą, czy zwykłym masochistą? „Nie chcecie pisać?” pyta siostra, „to poczytamy sobie esej Michela…”.

Roztrzęsiony Iggy duka wers o Henrym, rocznym niemowlęciu zaniedbywanym przez matkę, pozostawionym samotnie na podłodze, w przesikanej pieluszce. Narrator wspomina o irytacji, którą dziecko budzi w kobiecie, ale Henry tego nie wie, więc ma minus jeden do cierpienia. Czy Henry będzie wybitnym pisarzem, malarzem impresjonistą albo ekscentrycznym śpiewakiem operowym? Prawdopodobnie nie. Będzie natomiast, w toku nabrzmiewających z czasem nadużyć, zjebany psychicznie i lata terapii przed nim, o ile w ogóle przetrwa okres poniemowlęcy. 

Bohaterami filmu, obok Iggyego Popa i Michela H, wcielającego się w postać podstarzałego rzeźbiarza, który w piwnicy swojego domu pracuje nad dziełem życia (i jest właścicielem najbrzydszej kanapy, jaką widziałam), są prawdziwi artyści tzw. outsiderzy – dwójka z nich leczy się psychiatrycznie, trzeci chyba nie musi, bo sprzedaje obrazy i mu nie zalegają. Zaczniemy od trzeciego – Robert Combas – malarz figuratywista, którego od artbrutu dzielą jedynie wykształcenie i w miarę wysoko funkcjonująca w rzeczywistości głowa. Następny w kolejce jest Jerome Tessier, który porzucił dobrze prosperujący biznes, żeby jechać na rencie, psychotropach i pisać całkiem niezłe wiersze o tym, jak łatwo jest się wykoleić i w rezultacie jechać na rencie i psychotropach. Niestety jego wierszy nie da się nigdzie znaleźć bez znajomości języka francuskiego, natomiast nie jestem na sto procent pewna, czy posiadanie takiej supermocy, cokolwiek tu zmieni. Na końcu Anne Claire Bourdin, malarka artbrutowa i poetka, posiadaczka całych 35 followersów na Instagramie, recepcjonistka i niezatapialny, acz wiecznie parujący (z powodu zaburzeń afektywnych dwubiegunowych) klocek w muszli klozetowej rodziny Bourdin. Niestety choroba i ból istnienia w jej wypadku nie dodają sensu wierszom ani wdzięku obrazom, ale jeśli to cokolwiek znaczy, jej osoba budzi moje ogromne współczucie. 

Tymczasem Michel i Iggy nie napisali ani słowa, a Matka Teresa nadal się modli. Publiczność cieszy się, że teraz outsiderzy będą już insiderami, bo na końcu filmu wędrują przecież wespół z gwiazdą rocka i wielkim (acz niskim) pisarzem w stronę zachodzącego słońca… „Takiego chuja”, jak mawiała moja babcia na widok księdza po kolędzie. Kto się umie sprzedać, ten się sprzeda, a kto nie umie niech ginie. Sprzedadzą go post mortem. Oglądając ten film, nie mam ochoty celebrować cierpienia i przekuwać go w genialną poezję i złoty interes, tylko drżę na myśl, ile wspaniałej, wiele wartej sztuki zgniło w szufladach i pod podłogą. Ilu artystów odebrało sobie życie, zalegając z czynszem w zapyziałych klitkach, ilu straciło zmysły, zastanawiając się, dlaczego oni, mimo braku wyzwalacza w postaci jakiejkolwiek niedoli, rzygają nieustannie boleśnie jaskrawą świadomością otoczenia. Moja empatia puchnie i nie umiem ironicznie spojrzeć na ten, zdaje się skrajnie cyniczny obraz. Wychodzę z kina jakby uderzona młotem w łeb. Nie ma mocniejszej pointy niż młot.

Marta Podoska