
Jest niedziela, 10 maja, po godzinie 20:00. Na scenę wchodzi Air Hunger, czyli Dawid Schindler – polski producent, którego muzykę określa się jako “lo-fi doom and gloom” i jest to określenie trafne chociaż, ku mojej radości, miewa dronowe momenty. Podczas jego występu Niebo powoli zapełnia się ludźmi. Bez obaw, nie umierają, chociaż jest w tej sytuacji coś symbolicznego. Białe, ostre jak brzytwa światło padające znad sceny oślepia nowoprzybyłych i dopiero w bezpośrednim jej sąsiedztwie daje oczom odpocząć. Z głośników leniwie sączy się ambient, a ja popijam ohydne rozwodnione piwo z plastikowego kubka, którego prostacka linia i posmak Woodstocku gryzą się zaciekle z rozmachem wystroju. Większość występu supportowego przegaduję, przyznaję się bez bicia. Mam przestrzeń w głowie tylko na jeden emocjonalny zryw i zachowuję go dla Jarboe i jej towarzyszki Joy Von Spain. Wszyscy cierpliwie czekamy.
Około 21:00 mija mnie ogromny ochroniarz, a za nim kroczy Ona, w klapkach, różowej koszulce i nie krępujących ruchów spodniach, jakby przed chwilą relaksowała się we własnym ogródku. Na całe szczęście chłopina nie musiał interweniować, nikt nie rzucił jej się na szyję z płaczem ani nie próbował porwać dla okupu. Kto by pomyślał, że taka przyjdzie kulturalna publika?! Po chwili obie Panie ulokowały się na stanowiskach i rozpoczęły snucie opowieści. Na scenie zapanował spokój, dźwięk klawiszy i uzupełniających się kobiecych głosów. Melorecytacja Jarboe przypomniała mi narrację z jakiejś przygodowej gry, poczułam się jakbym dokądś dążyła, jakby na końcu czekała nagroda w postaci oświecenia, albo daru wiecznego życia. Życia w harmonii ze światem.

Rozpoznałam tylko jeden utwór z ostatniej płyty (chodź już wiem, że pojawiły się dwa), przepiękny Vireo Serenade, w którym na pierwszym planie słychać ćwierkanie Wireonka – pospolicie występującego w Ameryce Północnej ptaka, odpowiednika polskiego Wróbla. Bardzo kocham śpiew ptaków więc jestem szczególnie wdzięczna za to wykonanie.
Minimalistyczne aranżacje sprawiły, że stare utwory były praktycznie nierozpoznawalne. A tego wieczoru, jak echo poprzedniego stulecia, wybrzmiało nawet Ode to V. Ponieważ nie dałabym sobie ręki uciąć za zgadywankę ze słuchu, przekrojowość tracklisty potwierdził mi kolega Majcher, autor recenzji krążka Sightings. Przepotężna płyta i przyznam, że chętnie usłyszałabym ją na żywo kropka w kropkę tak, jak ją nagrano. Ale za Jarboe to, zdaje się, nie trafisz ;). No cóż, może kiedyś… Każdemu wolno marzyć, no nie?
Marta Podoska
Jarboe Setlista, Niebo, Warszawa