
Opera Bałtycka w Gdańsku, wieczór podczas II edycji Futurofonia Festivalu, którego mam przyjemność być współkuratorem wraz z Antonim Michnikiem. Sala wypełniona po brzegi ludźmi, którzy przyszli posłuchać czegoś, czego nie da się zanucić po wyjściu. Na scenie Maggie Nicols, siedemdziesięciokilkuletnia wokalistka ze Szkocji, i towarzyszący jej Mark Wastell. Nicols nie śpiewa w konwencjonalnym sensie tego słowa, a konstruuje głosem architekturę chwili, przechodząc w ułamku sekundy od szeptu do krzyku, od frazy à la Great American Songbook, którą szlifowała jeszcze jako nastolatka, do czystej, nieartykułowanej materii dźwiękowej. To nie jest ekstrawagancja bez pokrycia. Nicols wyrosła ze Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa, do którego dołączyła w 1968 roku. Grała w monumentalnym, pięćdziesięcioosobowym Centipede Keitha Tippetta, a w 1977 roku współtworzyła z Lindsay Cooper Feminist Improvising Group – jeden z pierwszych w historii kolektywów, które świadomie uczyniły z improwizacji narzędzie emancypacji. Jej głos to instrument z pamięcią pięciu dekad swobodnej improwizacji, jazzu, teatru i aktywizmu. To wszystko to słychać w każdej frazie, nawet jeśli fraza potrwa pół sekundy. Piszę te słowa jeszcze przed koncertem, który odbędzie się 5 września ale znając oboje artystów, szczerze wierzę, że właśnie tak będzie.

Do tego spotkania nie dojdzie przypadkiem. Kilka miesięcy wcześniej poznałem Marka Wastella osobiście w londyńskim Café OTO, podczas trzydniowej rezydencji świętującej sześćdziesiąte urodziny Matsa Gustafssona. Program tamtego wieczoru mówi sam za siebie: duet Wastell / Gustafsson, Roger Turner z Mariam Rezaei, PoezjaJayneCortez w wykonaniu Joachima Nordwalla i Gustafssona, na koniec tercet Thurston Moore / Gustafsson / Rezaei. Sala, w której na jednej scenie spotykają się gitarzysta Sonic Youth, szwedzki saksofonista spod znaku free jazzu i noise’u oraz brytyjski perkusista formatu Rogera Turnera, to najlepszy dowód na to, że granice gatunkowe w tym środowisku od dawna są fikcją.

To właśnie w takim kontekście trzeba patrzeć na Confront Recordings – wydawnictwo, które Mark Wastell prowadzi od 1996 roku i które w bieżącym roku obchodzi trzydziestolecie działalności. Trzydzieści lat w świecie muzyki niezależnej, opartej na dotacjach, sprzedaży płyt z ręki do ręki i uporze pojedynczych ludzi, to wieczność. Wastell jest w tym przedsięwzięciu wszystkim naraz: wiolonczelistą, perkusistą, twórcą elektroniki, kuratorem, producentem i dystrybutorem. Grał i nagrywał z Derekiem Baileyem, Keithem Rowe’em, Evanem Parkerem, Johnem Tilburym, Tonym Conradem, Davidem Sylvianem czy Thurstonem Moore’em. Listę jego kooperacji czyta się jak spis treści historii europejskiej wolnej improwizacji ostatnich trzydziestu lat. Mało kto pamięta jednak, że w latach dziewięćdziesiątych to właśnie Wastell był jednym z inicjatorów tak zwanego New London Silence – nurtu, który redefiniował wolną improwizację jako sztukę ciszy, delikatnego ataku dźwięku i skrajnie niskiej głośności, na długo zanim „redukcjonizm” stał się modnym słowem w pojawiającym się na opisach płyt. Ten epizod, dziś słabo znany nawet fanom sceny, tłumaczy wiele z estetycznej wrażliwości, która do dziś kształtuje katalog wydawniczy Confront Recordings, w którym cisza bywa równie ważnym środkiem wyrazu co dźwięk.
A katalog jest imponujący. Confront posiada kilka równoległych serii: Core Series – flagowe wydania na CD i winylu, wśród których znajdziemy nagrania Tony’ego Oxleya, Joëlle Léandre, Paula Dunmalla czy Maggie Nicols; EP Series; Vinyl Series; i wreszcie Collectors Series – dochodząca już do setnego numeru seria limitowanych, często ręcznie robionych wydawnictw, dokumentujących pojedyncze koncerty i sesje: od Dereka Baileya i Simona H. Fella, przez Keitha Rowe’a, po młodych improwizatorów z Kalifornii czy Sardynii. To model wydawniczy, który jawnie odrzuca logikę skalowalności – każda płyta to osobna decyzja artystyczna, nie produkt masowy.
I tu dochodzimy do pytania, które nie jest retoryczne: czy w epoce, w której algorytmy streamingowe promują to, co już popularne, a rynek muzyczny zdominowały treści projektowane pod uwagę trwającą kilkanaście sekund, małe, niezależne wydawnictwa poświęcone współczesnej muzyce improwizowanej mają jeszcze jakąkolwiek szansę i jakiekolwiek zadanie do spełnienia?
Odpowiedź, do której skłania mnie doświadczenie z Café OTO, Futurofonii i gdańskich wydarzeń wokół sceny improwizowanej, brzmi: TAK. I to zadanie jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek. Po pierwsze, funkcja dokumentacyjna, całe godziny unikalnych, niepowtarzalnych spotkań muzycznych bez takich wydawnictw jak Confront Recordings po prostu by nie istniały. Improwizacja z definicji dzieje się raz. Nagranie koncertu w Café OTO czy w Iklectik nie jest produktem komercyjnym w tradycyjnym sensie, jest aktem ratowania czegoś ulotnego przed zapomnieniem. Po drugie, funkcja społecznościowa. Confront Recordings nie jest tylko szufladą z płytami. To sieć relacji, koncertów, wspólnych projektów. Café OTO, gdzie regularnie odbywają się wydarzenia związane z wydawnictwem, jest tego modelowym przykładem: miejsce, w którym można kupić płytę bezpośrednio po koncercie, porozmawiać z artystą przy barze, usłyszeć premierowe wykonanie utworu, który dopiero za rok trafi na winyl. To odwrócenie logiki przemysłu muzycznego: najpierw wspólnota, potem produkt, nie odwrotnie. Tu mała dygresja: całkiem niedawno na temat budowania wspólnoty na przykładzie Trójmiejskiej Sceny Elektroakustycznej rozmawiałem z Marcinem Dymiterem (znanym jako Emiter) a kilka dni później z Katarzyną Podporą artystką multidyscyplinarną (moją partnerką muzyczną w duecie PODPORA / KOHYT). Ich zdanie na temat tej kolejności było zbieżne z moim.
Po trzecie wreszcie funkcja koncertowa i promocyjna, którą wydawnictwo pełni świadomie, nie przy okazji. Confront od lat organizuje lub współorganizuje koncerty swoich artystów, traktując scenę jako naturalne przedłużenie katalogu. Widziałem to z bliska nie tylko w Londynie. Kilka miesięcy temu byłem w Gdańsku w Instytucie Kultury Miejskiej na trzydniowych, hucznych obchodach sześćdziesiątych urodzin innego wybitnego saksofonisty – Mikołaja Trzaski, którego nie trzeba przedstawiać szerszej publiczności. IKM zorganizował maraton koncertowy, na którym obok polskiej czołówki improwizacji (Marek Pospieszalski, Raphael Rogiński, Olo Walicki) pojawili się muzycy związani z brytyjską sceną: Olie Brice, Per-Åke Holmlander czy Mark Sanders – perkusista, który nagrywa dla Confront Recordings, między innymi na płycie Affretando z pianistą Georgiem Graewe czy w składzie z Yonim Silverem i Tomem Wheatleyem. Sandersa poznałem tam osobiście, przy okazji zupełnie innego wydarzenia niż londyńskie i to najlepiej pokazuje, jak bardzo mała jest w istocie ta międzynarodowa scena i jak bardzo wydawnictwa takie jak Confront Recordings tworzą tkankę łączną między Londynem, Gdańskiem, Berlinem czy Paryżem.
Właśnie dlatego teza, którą stawiam, nie jest życzeniowa, tylko wynika z obserwacji: potrzebujemy istnienia i świadomego wspierania małych wydawnictw pokroju Confront Recordings również, a może przede wszystkim, w Polsce. Rodzime inicjatywy takie jak Bocian Records czy Gusstaff Records, wydające chociażby najnowsze nagrania Trzaski z Johnem Edwardsem i Markiem Sandersem zarejestrowane w Café OTO, pokazują, że ten model: mała skala, duże zaangażowanie, ścisły związek między wydawaniem płyt a organizowaniem koncertów działa też na naszym podwórku. W natłoku muzyki produkowanej pod klucz algorytmu, w erze, w której „viralowość” stała się kryterium wartości artystycznej, tego rodzaju wydawnictwa nie próbują konkurować objętością katalogu ani liczbą odsłuchań. Przebijają się inaczej – jakością relacji z odbiorcą, wiernością małej, ale prawdziwej społeczności, i tym, że traktują słuchacza jak kogoś, kto chce usłyszeć coś, czego nie słyszał wcześniej, a nie kogoś, komu trzeba dać to, co już zna.
Trzydzieści lat Confront Recordings to nie jubileusz nostalgii, tylko dowód żywotności modelu, w którym pojedynczy człowiek – wiolonczelista, perkusista, kurator w jednej osobie – potrafi przez trzy dekady utrzymywać przy życiu całą ekosystemową sieć: artystów, słuchaczy, sale koncertowe, sklepy płytowe, przyjaźnie zawiązane przy barze w Dalston. Kiedy następnym razem ktoś zapyta, po co komu jeszcze płyta CD w nakładzie stu egzemplarzy, nagrana na żywo w piwnicy w Shoreditch, odpowiedź może brzmieć tak: po to, żeby głos Maggie Nicols, cisza Marka Wastella i perkusja Marka Sandersa miały gdzie zostać zanim rozpłyną się w powietrzu, tak jak zawsze robi to swobodna improwizacja.
Max Kohyt
Festiwal FUTUROFONIA odbędzie się w dniach: 5-6.09.2026 w Operze Bałtyckiej w Gdańsku
