Siedem wejść do labiryntu Stevena Stapletona

Siedem wejść do labiryntu Stevena Stapletona

Pisanie o ulubionych płytach Stevena Stapletona zawsze oznacza pozostawienie czegoś ważnego poza kadrem. Dyskografia Nurse With Wound rozciąga się przez kilka dekad i obejmuje tak wiele estetycznych zwrotów, także każda próba stworzenia krótkiej listy staje się bardziej opowieścią o własnej drodze słuchacza niż obiektywnym podsumowaniem. Można wskazać wydawnictwa najbardziej wpływowe, najbardziej przełomowe albo najbardziej reprezentatywne. Można też wybrać te, do których wraca się najczęściej – nie dlatego, że są „najlepsze”, lecz dlatego, że z jakiegoś powodu zostają w pamięci na dłużej.

Poniższy wybór jest właśnie taki. Subiektywny, niepełny i świadomie pomijający wiele znakomitych albumów. To siedem różnych wejść do świata Stapletona – siedem płyt pokazujących odmienne oblicza artysty, który przez lata udowadniał, że muzyka eksperymentalna nie musi być ani stylistycznie spójna, ani przewidywalna. Każde z tych wydawnictw otwiera inne drzwi, ale wszystkie prowadzą do tego samego labiryntu.


Soliloquy For Lilith

Jeżeli istnieje w katalogu Nurse With Wound album, który można nazwać doświadczeniem granicznym, to dla mnie pozostaje nim właśnie Soliloquy For Lilith. Nie dlatego, że jest najbardziej radykalny – Stapleton nagrywał rzeczy znacznie bardziej „ekstremalne” – ale dlatego, że tak konsekwentnie rezygnuje z niemal wszystkich punktów orientacyjnych.

To muzyka, która wydaje się istnieć poza kategoriami czasu. Nie ma tu tradycyjnego rytmu, melodii ani dramaturgii. Są jedynie nieustannie pulsujące drony, przesunięcia częstotliwości i subtelne zmiany zachodzące niemal niezauważalnie. Na pierwszy rzut ucha można odnieść wrażenie, że nie dzieje się nic. Po kilkunastu minutach okazuje się jednak, że dzieje się wszystko.

Najbardziej fascynujące jest to, że album działa jak rodzaj akustycznej iluzji. Słuchacz nieustannie próbuje uchwycić strukturę, znaleźć punkt zaczepienia, określić kierunek rozwoju. Tymczasem muzyka wymyka się każdej próbie stabilizacji. Nie prowadzi od punktu A do punktu B. Raczej tworzy przestrzeń, w której samo poczucie kierunku zaczyna się rozpuszczać.

To także jedna z tych płyt, które pokazują, jak daleko Stapleton potrafił odejść od stereotypowego wyobrażenia o industrialu czy eksperymencie. Zamiast agresywnych dźwięków pojawia się hipnoza. Zamiast szoku – powolne zanurzanie się w dźwięku. Efekt bywa niemal medytacyjny, choć jest to medytacja pełna niepokoju i niejasności.

Dla mnie Soliloquy For Lilith pozostaje jednym z największych osiągnięć w historii muzyki dronowej. Nie dlatego, że ustanowił jakiś nowy język, lecz dlatego, że pokazuje, jak niewiele potrzeba, aby całkowicie zmienić sposób słuchania.


Thunder Perfect Mind

Słuchając tej płyty, mam często wrażenie poruszania się po przestrzeni, która zmienia swój układ dokładnie w chwili, gdy zaczynamy rozumieć jej logikę. Rytmy wydają się mechaniczne i hipnotyczne, powracające motywy budują pozory przewidywalności, a jednak pod powierzchnią cały czas działa coś niespokojnego. Poszczególne dźwięki zachowują się tak, jakby należały do różnych rzeczywistości, które na chwilę zostały zmuszone do wspólnego istnienia.

Zostałam posłana przez Moc
i przyszłam do tych, którzy mnie wyczekiwali.
Znalazłam się pośród tych, którzy mnie szukali.
Spójrzcie na mnie, wy, którzy mnie szukacie.
Wy, którzy słyszycie – słuchajcie mnie.
Wy, którzy czekacie – przyjmijcie mnie.
Nie odwracajcie ode mnie swoich oczu.
Nie wznoście przeciwko mnie głosu nienawiści
i nie dawajcie mu posłuchu.
Nie pomijajcie mnie.
Nigdzie. Nigdy.
Miejcie się na baczności.
Nie pomijajcie mnie.

Już sam tytuł odsyła do gnostyckiego poematu The Thunder, Perfect Mind – tekstu pełnego paradoksów i sprzecznych tożsamości. Trudno o lepszy punkt odniesienia dla tej muzyki. Stapleton nie ilustruje mistycznych idei w dosłowny sposób, ale buduje świat oparty na podobnej zasadzie niejednoznaczności. To album zawieszony pomiędzy ruchem i bezruchem, między transową repetycją a rozpadem formy, między melodyjnością a abstrakcją.

Lubię tą płytę również dlatego, że pokazuje mniej oczywiste oblicze Nurse With Wound. Zamiast bombardować słuchacza surrealistycznym kolażem, Stapleton pracuje tu subtelniej. Wystarczy niewielkie przesunięcie proporcji, nieoczekiwane pojawienie się jakiegoś dźwięku czy ledwie zauważalne zakłócenie rytmu, aby całość zaczęła funkcjonować według własnych zasad. Dzięki temu Thunder Perfect Mind pozostaje dla mnie jedną z najbardziej hipnotycznych i jednocześnie najbardziej psychodelicznych i tajemniczych płyt w całej jego dyskografii.


Rock’n Roll Station

W obszernej dyskografii Nurse With Wound nie brakuje albumów, które zyskały status kultowych, ale mam wrażenie, że Rock’n Roll Station wciąż pozostaje nieco w cieniu najbardziej oczywistych punktów odniesienia. A przecież to jedna z najbardziej intrygujących płyt w katalogu Stevena Stapletona.

Fascynuje mnie przede wszystkim dlatego, że funkcjonuje gdzieś pomiędzy. Nie jest tak radykalnie abstrakcyjna jak najbardziej ekstremalne eksperymenty Nurse With Wound, ale jednocześnie trudno nazwać ją albumem przystępnym. Porusza się raczej w osobliwej strefie zawieszenia między piosenkową formą a surrealistycznym rozpadem, między rozpoznawalnością a dezorientacją.

Najciekawsze jest jednak to, jak Stapleton igra tutaj z pamięcią muzyki popularnej. Co pewien czas pojawiają się melodie, rytmy czy brzmienia sprawiające wrażenie znajomych, niemal swojskich. Zanim jednak zdążą zakorzenić się w świadomości słuchacza, zostają zdeformowane, przesunięte lub wciągnięte w całkowicie odmienny kontekst. To muzyka, która nieustannie obiecuje punkt oparcia, by chwilę później go odebrać.

Słuchając Rock’n Roll Station, często mam wrażenie obcowania z audycją radiową nadawaną z równoległej rzeczywistości. Wszystko wydaje się dziwnie znajome, ale nic nie działa zgodnie z logiką, jakiej oczekujemy. I być może właśnie ten subtelny proces odkształcania rzeczywistości sprawia, że wracam do tej płyty częściej niż do wielu bardziej znanych i szerzej komentowanych albumów Nurse With Wound.


Who Can I Turn To Stereo

W dyskografii Nurse With Wound nie brakuje albumów bardziej radykalnych, bardziej wpływowych czy częściej przywoływanych przez fanów, ale właśnie do Who Can I Turn To Stereo wracam wyjątkowo często. Nie ma tu silenia się na spektakularne eksperymenty. Zamiast tego Stapleton buduje świat oparty na atmosferze, subtelnych przesunięciach i szczególnym rodzaju nieoczywistej melancholii.

Jednocześnie jest to jeden z najbardziej rytmicznych i zorientowanych na groove albumów w całym dorobku Nurse With Wound. W brzmieniu dominują transowe perkusjonalia, zapętlone rytmy elektroniczne, hipnotycznie powracające partie gitar oraz charakterystyczne drony generowane przez waterphone. Dzięki temu muzyka zachowuje puls, nie tracąc przy tym nic ze swojej onirycznej i trudnej do uchwycenia natury.

Najbardziej fascynuje mnie sposób, w jaki album funkcjonuje pomiędzy różnymi stanami skupienia. Można go słuchać uważnie, śledząc kolejne warstwy dźwięku, ale równie dobrze można pozwolić mu działać gdzieś na obrzeżach świadomości. Muzyka zdaje się nieustannie wymykać centrum uwagi. Kiedy próbujemy uchwycić konkretny motyw, ten rozpływa się lub ustępuje miejsca czemuś innemu. Stapleton nie prowadzi słuchacza przez jasno określoną narrację. Raczej tworzy środowisko, w którym można się poruszać bez mapy.


Salt (Music From the Horse Hospital)

Spośród środkowych albumów Nurse With Wound właśnie Salt pozostaje dla mnie jednym z najbardziej poruszających. Warto przy tym pamiętać, że materiał ten funkcjonował najpierw w szerszym kontekście wydawnictwa Music For The Horse Hospital / Sounds From The Horse Hospital nagranego wspólnie z Current 93, a później wrócił w rozszerzonej formie jako Salt Marie Celeste.

Nie jest to płyta efektowna, ani radykalna, daleka od wszelakiej złożoności, nie jest też wymyślnym surrealizmem. Jej siła tkwi gdzie indziej – w niezwykłej umiejętności budowania emocjonalnego ciężaru przy użyciu stosunkowo oszczędnych środków. Salt opiera się na ciężkich dronach, powracających falach dźwięku i transowym ruchu, który nie tyle prowadzi do kulminacji, ile stopniowo wciąga słuchacza w gęstniejącą przestrzeń. Muzyka, która nie rozwija się gwałtownie, ale krąży, napiera i wraca, jakby nieustannie obracała się wokół kilku prostych, ale niezwykle sugestywnych gestów.

Dźwięki pojawiają się jak odległe obrazy, które trudno już dokładnie rozpoznać, ale których emocjonalny ślad pozostaje niezwykle wyraźny. Te ciężkie, falujące struktury działają jak wspomnienia, które nie znikają całkowicie, tylko powracają w coraz to nowych odcieniach – zniekształcone, przygaszone, ale wciąż fizycznie odczuwalne.


The Sadness Of Things

Współpraca Stevena Stapletona i Davida Tibeta należy do jednej z najważniejszych artystycznych relacji w historii brytyjskiej muzyki eksperymentalnej. Ich drogi przecinały się wielokrotnie na przestrzeni kilku dekad, a wzajemny wpływ obu twórców trudno dziś oddzielić od historii Nurse With Wound i Current 93. To właśnie dzięki takim spotkaniom brytyjska scena postindustrialna wykształciła swój wyjątkowy język, w którym surrealizm, mistycyzm, folkowa wyobraźnia i eksperyment dźwiękowy mogły funkcjonować obok siebie bez potrzeby podporządkowywania się gatunkowym granicom. Mimo wielu wspólnych projektów Stapleton & Tibet, The Sadness Of Things pozostaje dla mnie jednym z najpiękniejszych rezultatów tej wieloletniej relacji.

To album niezwykle intymny. Muzyka wydaje się tutaj bardziej powściągliwa niż w wielu klasycznych realizacjach Nurse With Wound czy Current 93. Nie oznacza to jednak prostoty. Wręcz przeciwnie – pod powierzchnią cały czas pracuje charakterystyczna dla Stapletona niejednoznaczność. Poszczególne dźwięki wydają się zawieszone pomiędzy obecnością a zanikiem, a kompozycje rozwijają się w sposób, który bardziej przypomina powolne odsłanianie kolejnych warstw pamięci niż tradycyjną narrację muzyczną. Nic nie jest tu dopowiedziane do końca, a właśnie dzięki temu album zachowuje swoją tajemnicę nawet po wielu odsłuchach.

Najbardziej porusza mnie sposób, w jaki oba światy przenikają się nawzajem. Mistyczna, pełna symboli wyobraźnia Tibeta spotyka się z surrealistyczną logiką Stapletona. Efekt nie jest kompromisem ani prostym połączeniem dwóch estetyk. To raczej nowa przestrzeń powstała między nimi – miejsce, w którym religijne wizje, święte grzyby, senne obrazy, fragmenty wspomnień i trudne do nazwania przeczucia zaczynają funkcjonować według własnych zasad. Muzyka nieustannie balansuje pomiędzy tym, co osobiste, a tym, co archetypiczne, pomiędzy prywatnym doświadczeniem a czymś, co wydaje się istnieć poza czasem.

Album działa jak zbiór wspomnień z miejsca, które nigdy nie istniało. Jest w nim smutek, ale pozbawiony melodramatyzmu. Jest nostalgia, ale skierowana ku czemuś nieokreślonemu — nie ku konkretnemu czasowi czy wydarzeniu, lecz ku utraconemu poczuciu obecności. Chwilami muzyka przypomina odnalezione po latach fotografie, których kontekstu nie potrafimy już odtworzyć, ale które mimo to wywołują silną emocjonalną reakcję. Dzięki temu The Sadness Of Things pozostaje jednym z najbardziej poruszających i jednym z najpiękniejszych świadectw artystycznej więzi łączącej Stapletona i Tibeta.


Simple Headphone Mind

To jedna z tych płyt, które najlepiej pokazują, jak twórczo Steven Stapleton potrafił wykorzystać obszar, z którego Stereolab czerpało od początku: krautrockową repetycję, motorikowy puls i muzykę budowaną bardziej na ruchu niż na klasycznej narracji. Simple Headphone Mind nie działa jak zderzenie dwóch odmiennych estetyk, ale jest raczej rozmową prowadzoną we wspólnym języku.

Najciekawsze jest właśnie to, że materiał źródłowy pozostaje rozpoznawalny. Oba utwory z EP-ki powstały na bazie tego samego nagrania Stereolab, które później ukazało się pod tytułem The Long Hair of Death. Stapleton potraktował je jednak nie jak gotową piosenkę do ozdobienia, lecz jak tworzywo, które można rozciągnąć, rozszczelnić i odsunąć od pierwotnego kształtu. W efekcie powstaje muzyka zachowująca rytmiczny kręgosłup oryginału, ale zaczynająca żyć własnym, bardziej mglistym i niejednoznacznym rytmem.

To właśnie ta podwójność wydaje mi się w tej płycie najciekawsza. Z jednej strony słychać repetycję, puls i lekkość kojarzoną ze Stereolab, z drugiej – stapletonowską skłonność do rozciągania formy i wprowadzania subtelnych zakłóceń, które nie niszczą utworu, lecz delikatnie odchylają go od jego pierwotnego centrum. Nic nie dominuje tu całkowicie. Muzyka rozwija się powoli, jakby w półśnie, a motywy wracają tylko po to, by po chwili ponownie się rozpuścić.

Właśnie dlatego Simple Headphone Mind nie wydaje mi się płytą „dziwną” w prostym sensie. Jest raczej precyzyjnie przesunięta. Tam, gdzie można by oczekiwać wyraźnej melodii albo stabilnego pulsu, pojawia się zawieszenie, a tam, gdzie mogłaby dominować abstrakcja, wraca coś niemal piosenkowego. Ten nieustanny ruch między rozpoznawalnością a rozmyciem sprawia, że album zachowuje świeżość także po latach i pozostaje jednym z najbardziej udanych przykładów twórczego dialogu między Nurse With Wound a Stereolab – dialogu, w którym obie estetyki nie konkurują ze sobą, lecz wzajemnie poszerzają własne możliwości.


Labirynt bez wyjścia 

Patrząc na te siedem wydawnictw, trudno znaleźć wspólny mianownik. Soliloquy For Lilith i Simple Headphone Mind funkcjonują niemal na przeciwnych biegunach. Thunder Perfect Mind ma niewiele wspólnego z ascetycznym światem Salt. Rock’n Roll Station i The Sadness Of Things również mówią zupełnie innymi językami. Niektóre z tych płyt opierają się na transie i repetycji, inne na kolażu, atmosferze czy subtelnych przesunięciach znaczeń. Jedne wydają się niemal pozbawione formy, inne flirtują z melodyjnością lub piosenkową strukturą. Gdyby rozpatrywać je wyłącznie przez pryzmat stylistyki, trudno byłoby uwierzyć, że wszystkie wyszły spod ręki tego samego artysty.

A jednak każdą z nich przenika coś bardzo charakterystycznego dla Stevena Stapletona. Nie chodzi nawet o konkretne rozwiązania formalne czy rozpoznawalne brzmienie. Znacznie ważniejszy wydaje mi się pewien sposób myślenia o muzyce. Stapleton nigdy nie traktował jej jako zamkniętego komunikatu, który należy rozszyfrować. Jego płyty nie prowadzą słuchacza za rękę. Nie wyjaśniają się do końca. Nie oferują jednej właściwej interpretacji ani komfortowego poczucia, że wszystko zostało już zrozumiane. Zamiast tego pozostawiają przestrzeń dla wyobraźni, skojarzeń i niepewności.

Być może właśnie dlatego wracam do tych nagrań od lat. Nie dlatego, że znam je już na pamięć, i siła sentymentu wydaje się być wielkim magnesem,  ale dlatego, że wciąż pozostają częściowo nieznane. Zmieniają się wraz z miejscem, z którego ich słucham, i wraz z doświadczeniami, które przynoszą kolejne lata. Muzyka Stapletona ma rzadką zdolność wymykania się ostatecznym definicjom. To, co podczas jednego odsłuchu wydaje się centralnym elementem kompozycji, przy następnym okazuje się jedynie fragmentem znacznie większej całości.

Każdy odsłuch odsłania kolejny fragment labiryntu. Nigdy całość. I być może właśnie w tym tkwi największa siła muzyki Stevena Stapletona – w przekonaniu, że najciekawsze rzeczy zaczynają się tam, gdzie mapa nagle urywa się na skraju nieznanego terytorium.

Artur Mieczkowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to