Rose McDowall – Między światłem a runą

Rose McDowall

Rose McDowall urodziła się 21 października 1959 roku w Glasgow. Jej muzyczna przygoda zaczęła się pod koniec lat 70., kiedy – razem z ówczesnym mężem Drewem McDowall – zakładała awangardowy, art-punkowy zespół The Poems. Po rozpadzie The Poems, McDowall zyskała szeroką popularność jako połowa duetu Strawberry Switchblade – wraz z Jill Bryson tworzyły melodyjne, pop-new wave’owe piosenki.Hit Since Yesterday (1984) dał im rozgłos, ale mimo tego zespół rozpadł się w 1986 roku.

Jednak to dopiero początek fascynującej, nieoczywistej drogi McDowall. Po rozpadzie Strawberry Switchblade, zamiast popu i światła reflektorów, skierowała się w stronę mrocznej podziemnej sceny – post-industrialnej, neofolkowej, eksperymentalnej. Przez kolejne lata stała się jedną z najważniejszych „gościnnych” wokalistek tej sfery –  jej głos pojawiał się u takich artystów jak Coil, Current 93, Death In June, a także w projektach Nature and Organisation, Nurse With Wound, Psychic TV, Ornamental i wielu innych. Choć często bywała „pływającym członkiem”, jej duch i brzmienie stawały się rozpoznawalnym znakiem tej ery.

W 1993 roku McDowall rozpoczęła dwa własne projekty, które w pełni odkryły jej artystyczny zakres. Pierwszy to duet Spell, który współtworzyła z kontrowersyjnym artystą noise’owym Boydem Rice – nagrali razem kilka singli i album w klimacie retro pop, psychodelii i country, co pokazuje, jak szeroka bywała muzyczna wyobraźnia McDowall. Drugim projektem była folk-rockowa formacja Sorrow, założona z ówczesnym partnerem Robertem Lee – między 1993 a 2001 rokiem Sorrow wydało kilka albumów i odbyło tourne po Europie i USA. Dzięki temu McDowall nie była już tylko gościnną głosicielką sceny neofolk / industrial – stawała się kreatorką, autorką własnych historii, budowniczką melancholii i mroku.

Jej wszechstronność jest imponująca: nie tylko jako wokalistka, ale też gitarzystka, keyboardzistka, a nawet perkusistka. Ta plastyczność i otwartość sprawiają, że jej udział w tak wielu projektach to nie przypadek – był to świadomy wybór wędrówki przez style, formy i emocje.

To, co najbardziej urzeka w głosie Rose McDowall – to delikatność połączona z czymś prastarym, pierwotnym; to melodyjność, którą potrafi wprowadzić nawet w najbardziej oszczędne, surowe i często brutalne tło muzyczne. Jej barwa – subtelna, eteryczna, czasem łagodna jak szept, czasem drżąca od smutku – potrafi uczynić światło z ciemności, sprawić, że chłód dźwięków staje się ciepłem, a pustka pełnią. W utworach takich jak te dla Current 93 czy Death in June jej wokal staje się kluczowym elementem emocjonalnym, który nadaje kompozycjom głębi. To coś jak zapalona świeca w kamiennym, starym kościele – mały punkt światła, który rozświetla mrok, ale też eksponuje jego fakturę, jego szorstkość, jego tajemnicę.

Rose często pełniła rolę gościnnej wokalistki lub “floating member” – czyli osoby współpracującej z różnymi formacjami – ale to nie umniejsza, a raczej podkreśla wagę jej głosu i obecności. Dzięki temu, że jej śpiew w większości przypadków nie był nadprodukowany, a często wręcz surowy albo oszczędny, zyskiwał ogromną intensywność. W tej prostocie tkwi siła: to nie efektowny wokal, ale emocja, kruchość i autentyczność.Jej głos wnosił też realny kontrapunkt do teatralnej, często eschatologicznej estetyki neofolkowych / post-industrialnych projektów: tam, gdzie instrumentarium było ciężkie, szorstkie, niepokojące – wokal Rose był jak tlen: ulotny, lekki, acz mocno obecny. Dzięki temu muzyka tych zespołów stawała się nie tylko manifestem, rytuałem czy hałasem, ale – jeśli chcemy – modlitwą lub lamentem. To ludzki pierwiastek we wnętrzu konstrukcji z metalu, akustyki czy noise’u.

Co więcej, McDowall często wnosiła do tych projektów element kobiecej wrażliwości, inną perspektywę emocjonalną, która odmieniała charakter muzyki. Zamiast agresji – melancholia; zamiast manifestu – zaduma; zamiast siły – subtelna, niepokojąca obecność. To sprawiało, że nawet wśród brutalnych, obskurnych brzmień rodziła się przestrzeń intymna – dla lęku, dla smutku, dla tęsknoty, ale też dla nadziei i piękna.

Wreszcie – Rose miała i nadal ma wyjątkowy dar adaptacji. Potrafiła odnaleźć się w bardzo różnych stylach: od pop-new wave, przez ambient, neofolk, post-industrial, po eksperymentalne, driftujące formy. Jej głos nigdy nie brzmiał obco – zawsze był tym samym kruchym, miękkim nimfą, która przyoblekała dźwięki w emocje. I to czyni ją artystką uniwersalną: nie symbolizującą jednej estetyki, ale raczej łączniczką – między światłem i cieniem, między estetyką piękna i surowości, między tym co słyszalne i tym co odczuwalne.

Dlatego obecność Rose McDowall w takich zespołach jak Current 93 czy Death in June i wielu innych była tak znacząca: nie dlatego, że zmieniała kompozycje, ale dlatego, że uczłowieczała je, otwierała w nich nowe wymiary. I to sprawia, że jej głos nawet jeśli cichy, subtelny albo minimalny w formie bywa jednym z najbardziej emocjonalnych, pamiętnych elementów tamtych nagrań.

Warto też wspomnieć, że McDowall nigdy nie porzuciła swojej pierwszej fascynacji – pięknem, melodią – co widać np. na albumie Cut With The Cake Knife, który zebrał nagrania z okresu po rozpadzie Strawberry Switchblade, ale przed zanurzeniem się w mroczne rejony podziemia. Piosenki takie jak Tibet czy Sunboy łączą naiwność popu z dojrzałością melancholii, pokazując, że McDowall nigdy nie zapomniała, czym jest bliskość i tęsknota.

Jej współpraca z projektami takimi jak Nature and Organisation czy Coil poszerzała granice gatunków: folk, neofolk, industrial, ambient, noise – Rose umiała być pomostem między tym, co piękne, a tym, co szorstkie; między tym, co ludzkie, a tym, co mistyczne. W Nature and Organisation jej eteryczny, delikatny głos oplatał się z archaiskimi dźwiękami gitar, smyków, chórów, tworząc atmosferę zawieszenia i sakralności.

Rose McDowall to przykład artystki, która nie boi się podróży – zarówno w głąb siebie, jak i przez muzyczne gatunki. Od popowego blasku, przez surowy industrial, po melancholijny neofolk i eksperymentalne formy – jej kariera to świadectwo otwartości, odwagi i wiary w siłę muzyki jako formy ekspresji duszy. W jej głosie słychać tęsknotę, ranę, nadzieję, śmierć i odrodzenie – wszystko wymieszane, splecione, nierozłączne.

Rose McDowall to wciąż żywy głos, który rezonuje tam, gdzie dźwięk staje się przestrzenią duchową. Jej wrażliwość, autentyczność i artystyczna elastyczność sprawiają, że nawet dziś, po dekadach, jej twórczość nadal porusza, koi i niepokoi. I w tym właśnie sensie – jest jedną z tych postaci, które pokazują, że muzyka to nie tylko dźwięki: to miejsce spotkania z sobą, z historią, ze strachem i z nadzieją.

Artur Mieczkowski

Instagram