
Tegoroczna edycja OFF Festiwalu już za nami. Kolejny raz katowicka Dolina Trzech Stawów na trzy dni zmieniła się w miejsce, gdzie można było posłuchać artystów z przeróżnych muzycznych kręgów. Ważniejsze jest jednak to, że OFF, pomimo mocnej konkurencji na festiwalowej mapie kraju, nadal przyciąga szeroką publiczność. W tym roku wyraźnie jednak było widać, że większość stanowiły osoby bardzo młode, które przeważały nad starszą grupą uczestników.
Od razu warto wspomnieć, że tegoroczny OFF zdecydowanie wygrał pod kątem pogodowym. Biorąc pod uwagę, jak często ostatnio letnie festiwale mierzą się z niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi, przez które wydarzenia nieraz zostają skrócone lub przerwane, to katowicka impreza odbyła się bez kropli deszczu przy ciepłej, umiarkowanie upalnej temperaturze. To pozwoliło cieszyć się bez przeszkód muzyką już od początku pierwszego dnia.

Po przybyciu na teren festiwalu od razu trafiłem na scenę Orlen (kiedyś „Scenę leśną”), na deskach, której prezentował się Tercet Imperial. Ich mix tradycyjnych oberków ziemi radomskiej z nowoczesną elektroniką świetnie wypadł na żywo. Było to zagrane tak energicznie i bezpretensjonalnie, że trudno było nie dać się wciągnąć w transowe brzmienia klawiszy Piotra Zabrodzkiego, wybijane na elektronicznej perkusji rytmy Jana Emila Młynarskiego oraz fantastyczny śpiew zjawiskowej wokalistki Joanny Sztuckiej. Bardzo udany start pierwszego dnia.

Zaraz potem trafiłem do namiotu sceny eksperymentalnej, gdzie swój niezwykle klimatyczny koncert zagrała Dobrawa Czocher. Znając jej świetną tegoroczną płytę (State Of Matter) oczekiwałem równie udanego występu i nie zawiodłem się. Dobrawa brzmi fantastycznie zarówno na płycie, jak i na żywo, potwierdzając swój muzyczny kunszt, co czyni ją obecnie jedną z najciekawszych polskich kompozytorek. Sama artystka wspominała, jak będąc jeszcze studentką, przyjechała na OFF i zafascynowała się możliwością użycia loopera na koncercie Tune Yards. Teraz gdy sama zagrała na tej samej scenie użycie tego narzędzia dało jej bardzo dużo radości. W jej muzyce nie zabrakło też emocji, które dosłownie potrafiły doprowadzić co poniektórych słuchaczy do łez…

Jednym z mocniejszych punktów pierwszego dnia był też oczekiwany przez wielu występ powstałej w latach 70. ubiegłego wieku, legendarnej zambijskiej grupy W.I.T.C.H., czołowego przedstawiciela sceny Zamrock. Oczywiście można to było potraktować jako ciekawostkę z szeroko rozumianej muzyki świata jednak na żywo zespół zaprezentował się bardzo dobrze i choć więcej w ich muzyce było tradycyjnego rocka niż psychodelii, to słuchało się tego z dużą przyjemnością.
Z ciekawością, ale też dystansem udałem się na piątkowy „gwóźdź programu”, czyli The Flaming Lips. Amerykanie wrócili do Katowic po 15 latach, by zaprezentować materiał ze swojego albumu Yoshimi Battles the Pink Robots. Pamiętam ich występ z 2010 roku i niestety nie porwali mnie wtedy. Niestety podobnie było i w tym roku. Pod względem rozmachu ich szoł robił wrażenie. Czego tu nie było… wystrzeliwane ze sceny konfetti, kolorowe balony oraz wielkie, różowe, dmuchane roboty kiwające się na scenie. Widać było, jak wielką frajdę z tego wydarzenia miał lider zespołu Wayne Coyne, który raz po raz próbował jeszcze bardziej rozkręcić zebraną publiczność, krzycząc co chwilę “Keep going!, Keep going!”. Muzycznie jednak pozostawiło mnie to obojętnym, choć to zupełnie subiektywne odczucie, bo wiem jak wiele osób świetnie się bawiło przy muzyce The Flaming Lips.
Zupełnie inaczej było za to na ostatnim koncercie tego dnia czyli HTRK. Pomimo późnej pory australijski duet czarował swoją niezwykle intymną, oszczędną w formie, lecz kipiącą emocjami muzyką. Ich minimalistyczny do granic możliwości występ miał w sobie coś zarówno kojącego, jak i hipnotyzującego. Gitara, trochę sampli oraz kojący głos wokalistki – to zupełnie wystarczyło, aby pięknie wypełnić muzyką namiot sceny eksperymentalnej. Mam nadzieję, że zespół szybko wróci do naszego kraju na klubowe koncerty. Świetne zwieńczenie pierwszego dnia festiwalu.
Drugi dzień tegorocznej edycji rozpoczął się tym, co w OFF najlepsze, czyli występem generalnie mało znanej grupy, który okazuje się prawdziwym hitem. Tak właśnie było w przypadku zespołu Madra Salach. Niby ich muzyka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Ot, po prostu mieszanka rocka z irlandzkim folkiem o nieco bardziej alternatywnym zacięciu. Na żywo jednak zabrzmieli totalnie żywiołowo i bezpretensjonalnie, porywając do tańca ludzi, którzy szczelnie wypełnili namiot. Sami muzycy chyba nie spodziewali się takiej frekwencji i reakcji słuchaczy. Widać było jak wiele radości im to sprawiło. A wokalista Paul Banks raz po raz wdawał się w dialog z publicznością dzieląc się m.in. swoimi refleksjami o popularnych w Irlandii polskich markach piw. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów tego dnia.

Jednym z najważniejszych występów soboty był dla mnie zdecydowanie koncert Einstürzende Neubauten. Widać było, że wiele osób przybyło tego dnia do Katowic głównie dla nich. Była to też pierwsza wizyta zespołu po odejściu basisty Aleksandra Hacke, którego zastąpiła Josefine Lukschy. Mogliśmy usłyszeć jak dobrze wpisała się ona w zespół, stając się jego integralną częścią. Niemcy zagrali fantastyczny, godzinny koncert wypełniony głównie materiałem z dwóch ostatnich albumów przez co całość zabrzmiała bardzo spójnie i klimatycznie. Oczywiście nie zabrakło też starszych kompozycji jak choćby pięknie zagranej Sabriny. Pamiętam ich bardzo mocny, energiczny koncert sprzed ponad dekady, kiedy to wystąpili w Lublinie. Ten obecny, choć zupełnie inny, również był rewelacyjny pod każdym względem, o czym przekonany był chyba sam Blixa, który żegnając się z oklaskującą ich gromkimi brawami publicznością powiedział: „Gdy umrzecie i traficie do nieba, powiedzcie Bogu, że widzieliście swój najlepszy zespół”. Nic dodać nic ująć.

Kolejnym mocnym punktem drugiego dnia był równie wyczekiwany występ Chat Pile. W tym przypadku było dokładnie tak, jak miało być. Zespół huragan z Oklahomy po prostu wpadł na scenę, rozwalając swoją muzyką wszystko po drodze i nie biorąc przy tym jeńców. Była nieokiełzana energia, niezwykle ciężkie brzmienie sunące z głośników, jak walec oraz wokalista, który swoją ekspresją i energią dopełniał całości, znajdując przy okazji czas by między utworami podzielić się swoją fascynacją filmami Krzysztofa Kieślowskiego. Genialny gig.
Zupełnie na inną muzyczną galaktykę słuchaczy zabrał występujący na głównej scenie Arthur Verocai. Pochodzący z Brazylii, liczący sobie osiemdziesiąt jeden lat kompozytor wraz z zespołem oraz towarzyszącą mu tyską orkiestrą AUKSO dosłownie czarował mieszanką samby, jazzu, funka i bosa novy. Była to niezwykła muzyczna podróż wypełniona elegancją, kunsztem i klasą.
Są też takie koncerty, których zazwyczaj nie ma się w planie ale w pewnym momencie któraś z towarzyszących osób mówi „Ej, chodź z nami na to, fajnie będzie”. I tak dokładnie było w przypadku koncertu Oklou. Choć wiadomym było mi, że jej twórczość nie jest z mojej bajki, to dając się skusić znajomym poszedłem. I zostałem. Francuska artystka tworząca nieco alternatywny, ale bardzo eteryczny pop sprawiła, że ciężko było oddalić się od sceny z przyjemnością słuchając jej chwytliwej muzyki i patrząc na jej skrupulatnie przemyślane show. To był zupełnie niespodziewany moment drugiego dnia festiwalu.
Ostatni, trzeci z festiwalowych dni rozpoczął się dla mnie od razu mocnym strzałem, bo koncertem byłego muzyka legendarnego The Smiths. Johnny Marr właśnie OFF Festival wybrał sobie na miejsce swojego, pierwszego, polskiego koncertu i nie da się ukryć, że spotkał się on z wielkim zainteresowaniem publiczności. Nie sądzę by ktoś się zawiódł. Od początku z głośników popłynęły energiczne, gitarowe kompozycje, przepełnione charakterystycznym brzmieniem gitary Johnnego. Dosłownie esencja brytyjskiego, gitarowego grania. Sam muzyk wydawał się bardzo zadowolony z odbioru swojej muzyki. W dodatku koncert dostał dodatkowy anturaż w postaci zachodzącego słońca oraz przelatujących nad sceną samolotów z pobliskiego sportowego lotniska (ten moment chyba nieco zaskoczył muzyka, który jednak szybko zareagował mówiąc, że już to jego transport do UK po zakończeniu występu). Choć solowa twórczość Marra doskonale wypadła na żywo, to prawdziwy aplauz wzbudziła zagrana na koniec kompozycja The Smiths… Dodatkowo Johnny zdecydował się zagrać jeden cover. Nie wiedząc czemu wybrał największy możliwy banał, czyli Passenger z repertuaru Iggy Popa.
Chwilę po tym w namiocie eksperymentalnym pojawiła się Joanne Robertson, która przy akompaniamencie swojej gitary zagrała swoje bardzo spokojne i intymnie brzmiące kompozycje. Niestety po żywiołowym występie Marra ciężko było mi skupić się na jej delikatnej muzyce. Może będzie jeszcze kiedyś okazja.
Za to niezłą dozę festiwalowego szaleństwa dostarczyli Nu Genea live band. Włosi licznie obecni na scenie (aż trzy wokalistki plus zespół) dosłownie porwali do wspólnej zabawy swoimi rytmicznymi kompozycjami, w których łączą włoskie melodie z funkiem, disco i jazzem. Dowodem na świetną zabawę niech będzie choćby taneczny wąż z ok. dwustu osób z publiczności sunący w rytmicznie wśród ludzi. Takie momenty na festiwalu są zawsze w cenie. Towarzyszący mi przyjaciel powiedział, że słysząc tę muzykę czuje się, jakby na planie starego włoskiego kryminału uciekał kradzionym samochodem przez neapolitańskie wybrzeże. Myślę, że to dobrze oddaje ducha tego koncertu…
Zbliżając się do końca ostatniego dnia festiwalu przyszedł czas na jeden z najbardziej oczekiwanych jego momentów, czyli Amyl And The Sniffers. To była godzina wypełniona gitarowym brudem, punkową energią i wściekłym wokalem charyzmatycznej wokalistki, która dawała z siebie wszystko nie oszczędzając przy tym, ani siebie ani swoich strun głosowych. Po kilku utworach miałem jednak uczucie, jakbym cały czas słuchał tego samego kawałka. Nie zmienia to faktu, że był to jeden z najmocniejszych momentów festiwalu.

Na koniec został jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów tego dnia, czyli Deafheaven. Co tu dużo pisać… Amerykanie weszli na scenę dosłownie z buta i przez godzinę wypełniali scenę intensywną dawką mieniącego się wieloma barwami metalu. Na czele z charyzmatycznym, miotającym się po scenie wokalistą, który swym krzykiem dosłownie porażał. To była druga wizyta grupy na OFF-ie i pamiętając ten pierwszy koncert nie sposób było zauważyć jak wielką drogę rozwoju przeszedł ten zespół. Podczas tegorocznej wizyty ich występ wypełnił głównie materiał z ostatniego krążka. Na koniec, jednak zespół zapowiedział rychły powrót do naszego kraju z nowym materiałem. Trzymamy za słowo. Niedzielny koncert tylko narobił apetytu na więcej stając się tym samym najmocniejszym momentem finalnego dnia i jednym z najlepszych momentów tegorocznej, bardzo udanej edycji. Do zobaczenia za rok!
PS. Warto również wspomnieć i docenić pracę wszystkich służb dbających o porządek i bezpieczeństwo na festiwalu. Szczególne uznanie dla ratowników i ratowniczek medycznych, którzy non stop czuwali nad bezpieczeństwem uczestników. Naprawdę warto ich docenić.
Wojciech Żurek
