Thelivinjarboe Rec. / CD / 2000

Recenzja, która powinna znaleźć się w Antenie Krzyku – jednak czas, ten stary kpiarz, płata nam różne figle. Dlatego czytacie ją właśnie tutaj: wiadomo wszem, Antena jako pismo zakończyła swój żywot.
Płyta będąca początkiem co najmniej trzyczęściowej serii, jednocześnie jakby nowym muzycznym rozdziałem artystki, która wraz z Michaelem Girą i pamiętnymi Swans stworzyła niezwykłe muzyczne krajobrazy. Talent Jarboe mogą doceniać koneserzy od lat. Dziś mam zaszczyt opisać wyjątkowy, niemal doskonały album, który choć nieskomplikowany, trudno uchwycić w jakiekolwiek ramy.
Każdy, kto miał do czynienia z twórczością Jarboe, wie, że potrafi być w jednej chwili agresywna i demoniczna, by za moment zamienić się w czyste wcielenie kojącego światła. Jak brzmi ta płyta? Przede wszystkim – nieskończenie pięknie, poruszająco lekko, bez zbędnych zrywów w inne rejony muzyczne, penetrująco, poruszając różne obwody nerwowe.
Podczas gdy poprzedni materiał ocierał się o rejony maniakalne, Disburden Disciple z wyczuciem penetruje złożoną ludzką psychikę. Jarboe nigdy nie stroniła od nowatorskich rozwiązań (vide miksy Pan Sonic na płycie Anhedoniac, eksperymenty rytmiczne na 13 Masks) – i tu przedstawia kolejny świeży pejzaż. Niespodzianką jest subtelne zahaczenie o trip-hopowe rejony, choć w jej interpretacji nabiera to nowego wymiaru. Wyraźnie słyszalne są wpływy transowego, surowego brzmienia Bliskiego Wschodu – część materiału bowiem nagrywano m.in. w Izraelu.
Ta płyta to rytuał, jednak rytuał na tyle muzyczny, by pozostawiać w tyle pseudopatetycznych artystów. Jarboe odkrywa tu nowe możliwości wokalne – pobudza zarówno górne, jak i dolne rejestry głosu; temu wtóruje instrumentarium: dźwięki basowe dominują, gitary brzmią przesterowane, szaleńczo, transowo – riffy wygrywane wręcz z pianą na ustach. Tak grał Swans w latach 80. Dziś dojrzała artystka sięga po tamte patenty i przemiela je przez pryzmat własnych, aktualnych pomysłów.
Jarboe śmiało porusza się po ścieżkach przetartych przez artystów takich jak Nick Cave czy Diamanda Galás – nurt ten rzeźbi w niej jedną z prekursorek. Mamy tu gotyckie pieśni, podane bez nowoczesnej, plastikowej otoczki – całkowicie wydarte z serca.
Disburden Disciple to doskonała wędrówka po krainie, gdzie prócz piękna doświadczamy subtelnych, ale znaczących zmian rzeczywistości – bez gwałtownych skoków. Zapraszam na tę muzyczną podróż.
PS. Powyższa recenzja została nieco „stuningowana” oryginalną wersję można przeczytać w #7 – oryginalna wersja w formacie pdf do nabycia w komplecie wydań 1-9 w naszym sklepie.
Artur Mieczkowski